(c)
Szablon wykonany przez Renfri przy pomocy: 1, 2, 3, 4.
Zapraszam na drugie opowiadanie: DROGA DO CIEBIE

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Możliwości

Powrót na zajęcia po świątecznej przerwie okazał się być problemem dla wszystkich uczniów bez wyjątku — i zawsze gotowej do nauki Hermiony, i zwykle rozleniwionego Harry’ego. Neville obserwował z rozbawieniem zaspane twarze mieszkańców Hogwartu, gdy zgromadzili się na śniadaniu w poniedziałkowy poranek. Wszyscy jak jeden mąż przecierali zaklejone śpiochami oczy i ziewali nad miskami pełnymi płatków. Jak nigdy — Wielką Salę wypełnił zapach kawy, która okazała się tego poranka istnym wybawieniem. Nawet Crabbe, który zwykle opijał się hektolitrami soku dyniowego, podpierał się teraz nad kubkiem pełnym kofeiny.
Minął już niemal tydzień odkąd przywitali hucznie nowy rok, ale Neville dalej jakoś nie mógł wyczuć zmiany — ani w powietrzu, ani w jedzeniu, ani w rówieśnikach. Nauczyciele też wyglądali tak samo jak przed przerwą świąteczną i gdyby nie to, że już kilkukrotnie zwrócili mu uwagę na mylenie cyferek w dacie, pewnie sprawa nowego roku by go wcale nie obeszła. Okazało się, że poranne wstawanie w 1997 roku było tak samo męczące jak w poprzednim. 
Jedzenie przed dwunastą też okazało się równie niesmaczne teraz, jak i parę dni wcześniej. Żołądek Neville’a zawsze kiepsko znosił śniadania, chłopak był zdania, że jego wnętrzności rozpoczynają pracę dopiero w godzinach popołudniowych. Przed lekcjami pojawiał się więc na posiłkach jedynie w celach towarzyskich. Był to czas, kiedy bez krępacji mógł poprzyglądać się mało jeszcze czujnym hogwartczykom. 
Wodził właśnie wzrokiem po stole Ravenclawu, gdy nagle usłyszał ciche cmoknięcie po swojej prawej. Obrócił się w tamtym kierunku, żeby dostrzec, jak Pansy Parkinson żegna się ze swoim narzeczonym, wstaje od stołu i idzie na zajęcia. Neville nie rozmawiał z nią, odkąd pokłócili się przed świętami o Dracona. Wiedział, że powinien Pansy przeprosić, że miał za kołnierzem jeszcze swój październikowy wybuch, ale gdy tylko zbierał się w sobie, żeby przyjść do niej i porozmawiać, zawsze wpadał na nią i Malfoya w akcji, co skutecznie odwodziło go od przeprosinowych monologów. 
Irytowało go strasznie to, że Draco i Pansy znów tak się panoszą z tym swoim całowaniem, że aż biedny nie miał gdzie się w spokoju uczyć. Właściwie pozostawała mu jedynie szkolna biblioteka, tam jednak musiał uważać na czającą się za każdym regałem Hermionę, która ostatnio nie uznawała żadnego tematu do rozmowy poza warzeniem Veritaserum. Zaczął więc odrabiać lekcje albo w łazience Jęczącej Marty, albo w Pokoju Życzeń. 
Oprócz tego szukał wytchnienia w cieplarniach. Odkąd w październiku profesor Sprout uratowała go z nieszczęsnego szlabanu, często przychodził do niej w weekendy i pomagał w uprawie roślin, które coraz gorzej znosiły zanieczyszczenia z jeziora. Nawet mandragory, które, zdawać by się mogło, należały do niemal niezniszczalnych sadzonek, powoli odczuwały efekty trucizny. Ich pieńki pomarszczyły się przeraźliwie, a listowie prawie całe poczerniało. 
Wczoraj też, jak w każdą niedzielę, wybrał się do cieplarni, aby wesprzeć opiekunkę Puchonów ciepłym słowem i dodatkową parą rąk. Kobieta marniała z każdym dniem — ciągłe troski związane z walką z zanieczyszczeniami przysporzyły jej dodatkowych zmarszczek. Dlatego Neville’owi tym trudniej było zająć ją rozmową i podstępnie wykraść dla Hermiony liście miesięcznika i kilka gałązek blekotu. Odchorowywał to potem cały wieczór, bijąc się z myślami i robiąc sobie ciągłe wyrzuty. 
W środę wieczorem spotkał się z przyjaciółmi, aby wymienić się ostatnimi ustaleniami na temat warzenia eliksiru i przygotować składniki na czwartkowy poranek. To wtedy Hermiona i Harry mieli się wybrać potajemnie do Pokoju Życzeń, aby dwadzieścia pięć minut po piątej, wraz z nadejściem pierwszej fazy księżyca, rozpocząć warzenie Veritaserum. Żadne z nich nie chciało się do tego przyznać, ale od paru dni ich żołądki były zawiązane w supeł. 
Susan, która zawsze stresowała się najbardziej z ich czwórki, od poniedziałku jadła jak na lekarstwo. Harry miał nadzieję, że nerwy związane z warzeniem eliksiru i kradzieżą składniki w końcu zmaleją, bo choć jadł nieco więcej niż jego dziewczyna, to powoli zaczął zauważać inny efekt uboczny ich tajemnicy: problemy ze spaniem. Nie chciał tego mówić wprost, ale łudził się, że w końcu nielegalne zabawy wejdą im w krew. W końcu tak to się działo w tych powieściach o złoczyńcach, prawda? Pierwsze zabójstwo odchorowywali miesiącami, ale każde następne przychodziło z niemal dziecinną łatwością. Oni jednak tego nie zauważali — za każdym razem, gdy trzeba było wykraść coś ze składziku Snape’a lub cieplarni Sprout, zabierali się do tego jak chochliki za morze. 
Gdy więc w połowie trzeciego tygodnia stycznia podczas obiadu w Wielkiej Sali przed twarzą Harry’ego wylądował świstek papieru z zaproszeniem na dywanik u Dumbledore’a, coś ścisnęło jego gryfoński żołądek tak mocno, że prawe zwymiotował na swój talerz, i nie chciało puścić. Nic nie zjadł, a na pytanie Rona, co mu się stało, nie wydusił z siebie nawet słowa. Cały zlany potem opuścił Wielką Salę jeszcze w trakcie trwania posiłku i pobiegł do najbliższej łazienki, aby opłukać twarz wodą. 
Dopiero gdy zwilżył sobie policzki i włosy i oparł o ścianę toalety na pierwszym piętrze, przypomniał sobie, że przecież przed świętami umówił się z dyrektorem na rozmowę na temat jego odwiecznych koszmarów i halloweenowej utraty przytomności. Stuknął parę razy potylicą w ścianę, dając upust swojej złości i ubolewając nad własną głupotą. Przez zwykłe nierozgarnięcie nie tylko najadł się stresu po wsze czasy, ale i stracił środowy obiad. No pięknie. 
Osunął się pod ścianą i odetchnął parę razy, aby uspokoić oddech. Zastanowiło go jednak, po co dyrektor wezwał go na spotkanie w sprawie jego snów, skoro sam powiedział, że te koszmary nie były niczym, czym Harry powinien się martwić. Na co więc cała ta szopka, list ze słodkim hasłem i zapowiedź długiej rozmowy? Im Harry więcej o tym myślał, tym sprawa sobotniego spotkania wydawała mu się coraz bardziej podejrzana. Dlatego gdy tylko wybiła godzina siedemnasta w ten sądny dzień, zaraz się poderwał, aby przygotować się do wyjścia. U dyrektora miał się stawić na osiemnastą, ale wyszedł z pokoju wspólnego dobrych dwadzieścia minut za wcześnie. Nie mógł usiedzieć w miejscu. 
Próbował iść spacerkiem i jak nigdy wykorzystać nadmiar czasu na delektowanie się pięknem hogwarckich obrazów, jednak ta powolność zirytowała go po zaledwie paru sekundach. Chyba nic złego się nie stanie, jeśli przybędzie na spotkanie kilka minut za wcześnie? 
Gdy wydeptał już owal w dywanie przed chimerą prowadzącą do gabinetu Dumbledore’a, postanowił zaryzykować. Do umówionej wizyty co prawda pozostał jeszcze niecały kwadrans, ale on już szeptał w zdenerwowaniu „lukrowane pałeczki”, chcąc dostać się za potworny posąg. 
— Usiądź, Harry. — Usłyszał, gdy po cichym zaproszeniu pchnął drzwi do gabinetu. 
— Profesorze, to nic, prawda? Po to się spotykamy, to chce mi pan powiedzieć? — zaczął paplać od wejścia. Nie zdążył jeszcze dobrze umościć się w krześle przed dyrektorem, ale już zasypał go tysiącem pytań. 
Dumbledore uśmiechnął się od nosem. 
— Przede wszystkim: czy masz ochotę na cytrynowego dropsa, chłopcze? 
— Nie, dziękuję. Chciałbym wiedzieć, czy…
— Czy to, co zobaczyłeś tamtego wieczora, rzeczywiście było wizją. Tak, pamiętam. Jednak na pytanie to nie dam ci jednoznacznej odpowiedzi, bo pomimo studiowania tego tematu przez ostatni miesiąc, nie udało mi się uzyskać niczego ponad zwykłe przypuszczenia. 
— Ale co to wszystko znaczy? Czyli że to mogła być wizja? — zapytał Harry i sięgnął do wielkiej, pozłacanej misy po cytrynowy cukierek. 
— Musisz wykazać się dużą cierpliwością i zrozumieniem, bowiem odpowiedź nie jest tak prosta, jak byś tego oczekiwał — powiedział dyrektor. Jego wymijające odpowiedzi powoli drażniły Harry’ego, który z każdą chwilą coraz bardziej denerwował się tą rozmową. — A żeby stała się dla ciebie jakkolwiek zrozumiała, muszę zacząć od opowiedzenia ci, co wydarzyło się pewnej zimnej, deszczowej nocy szesnaście lat temu. Udałem się wtedy na rozmowę kwalifikacyjną w sprawie przedmiotu, który w Hogwarcie miał już nie być nauczany, jednak, ze względu na szacunek dla słynnej Virginii Trelawney, przystałem na spotkanie z jej jedyną potomkinią. Po niezbyt udanej wymianie zdań, miło — mam nadzieję — odmówiłem drogiej Sybilli posady nauczyciela wróżbiarstwa i już mieliśmy się żegnać, gdy…
— Przepowiednia? O czym pan mówi? Profesor Trelawney wypowiedziała przepowiednię? 
Dyrektor uśmiechnął się pod nosem, słysząc gorączkę w głosie Harry’ego. 
— Tak, mój chłopcze. Przepowiednię, która dotyczyła samego Lorda Voldemorta. 
Między Dumbledore’em i Harrym zawisła w powietrzu ciężka cisza. Chłopak wpatrywał się w niedowierzeniu w starszego czarodzieja, którego długa broda podskakiwała w rytm tłumionego chichotu. Harry nie rozumiał, co tak bawi dyrektora, ani po co Dumbledore opowiada mu o profesor wróżbiarstwa i, co gorsze, o Voldemorcie. Czemu rozmowa, która przed świętami zapowiedziana została jako coś błahego i nieważnego, przemieniła się w opowieści o czarodzieju, który jeszcze kilkanaście lat wcześniej wymordował ponad setkę niewinnych ludzi. 
— Ale dlaczego profesor mi to mówi? Co ja mam z tym wspólnego? Mieliśmy rozmawiać o…
— Profesor Trelawney przepowiedziała, że pod koniec lipca 1980 roku urodzi się chłopiec, którego rodzice trzy razy oparli się Voldemortowi, a który będzie miał moc, która pozwoli mu go pokonać. 
Harry spojrzał pytająco na dyrektora. 
— Dalej nie rozumiem, czemu profesor mi to mówi. Ten chłopiec się urodził, tak? I pokonał Voldemorta, skoro zniknął?
— Mój chłopcze, powiedz mi — poprosił Dumbledore, świdrując Harry’ego wzrokiem. — Czy znasz jakiegoś chłopca, który urodził się pod koniec lipca? 
— No pewnie, że znam — Gryfon odpowiedział bez zastanowienia. — Neville ma wtedy urodziny, zawsze obchodzimy je razem. 
— Dokładnie, Harry. — Słowa dyrektora wybrzmiały niczym najgorsza groźba. — Ty i Neville. 
Do Harry’ego nie docierało do końca, co właśnie usłyszał. Wpatrywał się w Dumbledore’a w niezrozumieniu, a jego usta to się otwierały, to zamykały. Wyglądał przy tym jak bezmyślna ryba. Nie był w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa. W tamtym momencie przestał istnieć dla niego cały świat — liczyła się tylko biało-siwa broda, lekki uśmieszek czający się w kąciku wąskich, ukrytych za wąsami ust, błyszczące w świetle świec okulary-połówki i te błękitne, niemal przezroczyste oczy. Cały czas liczył na to, że grymas dyrektora zaraz przemieni się w pełny, ciepły uśmiech, a po gabinecie rozbrzmi jego głos: „ale się dałeś nabrać, Harry!”. Ale Dumbledore milczał, a wypowiedziane przez niego słowa nie chciały zawrócić do jego ust. 
— Widzisz, takich chłopców urodziło się w tamtym roku pod koniec lipca dwóch: ty i Neville — podjął po chwili dyrektor, jakby ta cisza przed momentem była jego prezentem dla Harry’ego, krótką chwilą na oswojenie się z tematem. — I twoi, i Neville’a rodzice trzy razy oparli się Voldemortowi. Do tej pory nie wiedziałem, którego z was wybrał Tom, ba, nie byłem nawet pewien, czy przepowiednia ta się ziściła. W pewnym momencie przecież Tom zwyczajnie zniknął, rozpłynął się jak we mgle i nikt o nim więcej nie usłyszał. Zawsze uważałem, że to bardzo ironiczna sprawa: wieść życie tak huczne i widowiskowe, a umrzeć po cichu, bez świadków. 
— Dalej nie rozumiem, po co mi pan to wszystko mówi. Nawet jeśli postać z mojego snu to… z jakiegoś powodu Voldemort, to przecież to już nieważne, no nie? Moi rodzice żyją, nie ma tematu. 
— Nie do końca, Harry. Pojawienie się twojej wizji, bo niestety, choć bardzo tego nie chcesz, tak musimy ów sen nazywać, akurat teraz, akurat w Noc Duchów… — Dumbledore zawiesił na chwilę głos, nadając chwili dramatycznego wydźwięku. — Ten sen skłonił mnie do pewnych refleksji. 
Harry spojrzał pytająco na dyrektora. Nie był w stanie uwierzyć w to, co właśnie słyszał. Bezmyślnie sięgnął po czwartego dropsa z kolei i poczuł w gardle nieprzyjemne szczypanie od nadmiaru łakoci. 
— Herbaty? — spytał profesor i nalał mu do małej, białej filiżanki parującego napoju. — Na pewno Neville opowiadał ci o swojej zmarłej babci? 
— Tak, co roku staramy robić cokolwiek, aby odwrócić jego uwagę od sprawy tego morderstwa — przyznał Harry i sięgnął po filiżankę. 
Drażniące drapanie w krtani wzmogło się, więc upił łyk herbaty i oparzył sobie język gorącym płynem. Skrzywił się pod nosem i rozkaszlał, po czym podjął temat: 
— Myślałem, że po latach zapomni, ale właściwie z roku na rok jest nawet coraz gorzej. Strasznie dręczy go to, że do dziś nie udało się wyjaśnić, kto ją wtedy zamordował. 
— Harry, to, co ci teraz powiem, jest nie tylko niezwykle ważne, ale też musi pozostać w tajemnicy między nami — zaznaczył dyrektor z poważną miną. — Mówię ci o tym, bo uważam, że jako właściciel wizji masz prawo wiedzieć. Nie możesz jednak powtórzyć tego, co wiesz, swoim przyjaciołom. Musisz mi przysiąc
— Ale… 
— Harry. — Dumbledore zmierzył go surowym spojrzeniem.
— No dobrze, no, przysięgam. Ale czemu to jest takie ważne? 
— Twoja wizja pozwoliła mi nie tylko skojarzyć pewne fakty, ale także wyciągnąć wnioski, które być może okażą się trafnymi odpowiedziami na do tej pory nurtujące nas pytania. Wszystko to, co ci powiem, pozostaje w sferze domysłów i przypuszczeń, ale… Śmiem sądzić, że mordercą babci Neville’a tamtej nocy był sam Lord Voldemort, jednak… — dyrektor przerwał na chwilę, widząc zszokowaną minę Harry’ego. 
Chłopak trwał przez moment w bezruchu, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Po chwili jednak na jego czole pojawiła się bruzda, a brwi zmarszczyły w niezrozumieniu. 
— Ale jak to? — spytał. — Chyba nie rozumiem. Przyszedłem do profesora z informacją o tym, że śnił mi się jakiś zakapturzony koleś, a w Halloween straciłem przytomność, a pan mi w odpowiedzi serwuje historię o tym, że sam Voldemort zabił babcię Neville’a? Znaczy — zaczął się tłumaczyć, przestraszony — nie chcę być niegrzeczny, ale chyba profesor rozumie, że między tymi sprawami nie ma żadnego związku. 
— Nie do końca, Harry. Nie wiesz jeszcze wszystkiego. Jeśli pozwolisz…? — spytał dyrektor, a chłopak kiwnął mu głową. — Przede wszystkim po tym, jak zaczepiłeś mnie na korytarzu i poinformowałeś o wizji z Nocy Duchów, zaczęła mnie zastanawiać twoja dziwna reakcja. W połączeniu z obrazem twoich martwych rodziców i zakapturzoną postacią, która chciała zabić małego niemowlaka… Rozumiesz, Harry? — Dyrektor spojrzał na niego uważnie. — Czy Neville mówił ci kiedyś, jakie fakty są znane z dnia śmierci jego babci? 
— Znam to prawie na pamięć — przyznał chłopak i zaczął niemal recytować, lekko znudzonym tonem: — Morderstwo miało miejsce w ich domu w Dolinie Godryka, parę domów obok mojego. Była już późna godzina, na ulicy żywej duszy. W tę Noc Duchów wszyscy bawili się u Bonesów, którzy wyprawili huczną zabawę. Rodzice Neville’a też tam poszli, zostawiając go z babcią. Gdy wrócili, nie spodziewali się zastać w domu niczego złego, nie było żadnych śladów włamania. Weszli po schodach na górę, a tam zobaczyli martwą babcię Neville’a leżącą tuż obok niego, na ziemi, jakby… próbowała zakryć go swoim ciałem… — Harry ledwie dokończył, bo jego głos prawie się załamał. 
— Zauważyłeś — zamruczał zadowolony Dumbledore. — Podejrzenie, że sceny te mogły mieć ze sobą coś wspólnego, nasunęły mi myśl: ale co takiego stało się jeszcze tego wieczora, że wraz z Augustą zniknął sam Lord Voldemort?
— Nie wiem — wyrzucił z siebie Harry. 
Nie zauważył nawet, kiedy jego szok, a później zmęczenie, przeszło w bezbrzeżną irytację. Nie rozumiał tego wszystkiego. Dyrektor zapewniał go przed świętami, że to nic takiego. Powiedział mu, że porozmawiają po powrocie do Hogwartu, ale nie ma się czym martwić. A on, Harry, mu zaufał, jak zawsze zresztą. Teraz jednak Dumbledore siedział przed nim i… cieszył się z tego, że scena morderstwa babci Neville’a była podobna do tej z koszmaru Harry’ego?! Zanim jednak zdążył coś wtrącić, dyrektor znów podjął swoją opowieść. 
— Przypuszczam, ale to tylko domysły, może nawet naciągane wnioski, że to właśnie mogło stać się powodem zniknięcia, czy nawet: śmierci Voldemorta. Wydaje mi się jednak, że to poświęcenie babci Neville’a sprawiło, że jej wnuczek stał się dla Toma nietykalny, a sam Voldemort od tego dnia nie był już zagrożeniem dla nikogo. 
— Czyli uważa pan, że babcia Neville’a zabiła Voldemorta? 
Ta myśl okazała się dla Harry’ego tak absurdalna i śmieszna, że momentalnie zapomniał o złości na dyrektora. Przypomniał sobie twarz Augusty Longbottom, która nieraz przewijała się przez pamiątkowe zdjęcia Neville’a, i niemal parsknął śmiechem. Oczami wyobraźni zobaczył tę niewysoką kobietę w ogromnym kapeluszu z martwym, wypchanym sępem na czubku, która z wściekłością wymalowaną na pomarszczonej twarzy gołymi rękoma dusi Voldemorta. 
— Nie, Harry. Nie sama Augusta, a poświęcenie, na które się zdobyła. Starożytna magia miłości. 
— Neville się załamie — powiedział chłopak i ukrył twarz w dłoniach, nie chcąc pokazać dyrektorowi uśmiechu, który mimowolnie rozciągnął jego usta.  
— Harry. Pamiętaj, co mi obiecałeś. 
— Ale… 
— Ta informacja nie może wydostać się poza mój gabinet. Pamiętaj. 
— Dalej nie rozumiem, czemu mówi mi pan to wszystko. I czemu moja wizja pokazała, że Voldemort zabija moją mamę, a nie babcię Neville’a. 
— Wydaje mi się, że nie bez powodu wizja ta nawiedziła cię właśnie teraz. Uważam, że może być ona efektem ubocznym dużej ilości magii, która niedawno zagościła w Hogwarcie: czy to użytej w celu zatrucia jeziora, czy naszego późniejszego chronienia go… Magia zawsze pozostawia po sobie ślad. Myślę, że jej oddziaływanie na tobie spowodowało, że przyśniło ci się to, co mogło się wydarzyć, gdyby Voldemort wybrał inaczej. 
— Czyli gdyby Voldemort wybrał mnie… Moi rodzice… — głos Harry’ego załamał się na chwilę, jednak zaraz podjął snucie swoich gdybań: — Ale babcia Neville’a by żyła?
— Nie wiadomo, jak życie by się potoczyło, gdyby Voldemort wybrał inaczej. I nie powinniśmy się nad tym roztrząsać. Winniśmy raczej skupić na tym, aby dociec, co wywołało pojawienie się twojej wizji. Moja hipoteza to tylko jedna z wielu możliwości. Dlatego… — Dumbledore zawiesił głos i przeszył chłopaka swoim świdrującym spojrzeniem. — Harry, jeśli jest cokolwiek, o czym chciałbyś mnie poinformować, teraz jest dobry moment, aby mi to powiedzieć. 
Harry się zawahał. W jego głowie panował istny chaos, a przed oczami przemknęły wydarzenia z ostatnich miesięcy: wwiercające się w niego oko kałamarnicy, duch ostrzegający Susan przed złem z jeziora i ta głupia historia o Filchu… Już miał opowiedzieć o tym wszystkim Dumbledore’owi, ale uniósł na niego wzrok i w spojrzeniu dyrektora dostrzegł coś, co go nie tylko powstrzymało, ale też przeraziło — dziwną żądzę, pragnienie, którego nie spotkał jeszcze nigdy wcześniej. Odchylił się na krześle i wybąkał tylko:
— Nie. Wszystko jest w najlepszym porządku. 
— Harry, czy na pewno mówisz mi o wszystkim? 
— Tak, dyrektorze. Ja… chyba powinienem już iść — wyrzucił z siebie, wstając. Przeczesał dłonią włosy i zaczął powoli wycofywać się do drzwi. — Jutro jest niedziela, umówiłem się z Hermioną, że wspólnie usiądziemy do eseju z eliksirów... — powiedział i nacisnął klamkę, by wyjść, drzwi jednak nie drgnęły. 
Harry obrócił się na pięcie, aby spojrzeć wprost w oczy Dubledore’a, który zmierzył go uważnym spojrzeniem. 
— Chcę wyjść, wrócić do pokoju wspólnego i pouczyć się z Hermioną. Niech mnie pan wypuści. 
— Dobrze, Harry. Masz rację. Moje zachcianki nie mogą rzutować na twoje wyniki w nauce, to byłoby niedopuszczalne. Cóż, jeśli więc jesteś pewien, że nie chcesz mi już o niczym powiedzieć, możesz iść. Dobranoc, Harry. 
— Dobranoc, dyrektorze. 

1 komentarz:

  1. Dobrze, że masz długie rozdziały :) Mogłam na spokojnie na chwilę opóźnić zmywanie naczyń. Jestem na telefonie, więc nie będę się rozpisywać. Miło że pamiętasz o kanonie i fajnie go wprowadziłaś do całości. Nadal jestem strasznie ciekawa, jak wyjaśnisz, czemu to Voldemort wybrał Nevilla. Dombledore mnie przeraża :/. Niech oni w końcu uważą ten eliksir, bo czuję, że to będzie udana akcja :D.
    Miłego dzionka :). Wiadomo, że czekam na ciąg dalszy.
    Aha, przy okazji, jeśli miałabyś jeszcze ochotę poczytać Kapłankę, to w sobotę będzie nowy rozdział :p Koniec autoreklamy.

    OdpowiedzUsuń